Pan Franio był chory i leżał w łóżeczku …

Nic, zupełnie nic, nie jest w stanie cię przygotować i uodpornić na chorobę twojego dziecka – nawet jeśli jest to dziecko trzecie, a chorób i infekcji wszelkiego gatunku przerobiłeś już od początku swojego rodzicielskiego stażu dziesiątki.

Zaczyna się od telefonu, kiedy jestem poza domem w porze drzemki Frania. – „Słuchaj, co ja mam zrobić, on już leży w tym łóżeczku ponad godzinę i nie chce zasnąć”. „Ale jak to nie chce zasnąć?? ” – pytam raczej mało inteligentnie.  Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że tego typu sytuacje w zasadzie nie zdarzają mi się, więc mój mózg przerzuca w trybie pilnym katalog potencjalnych przyczyn takiego stanu rzeczy: lądowanie statku kosmicznego w pokoju Frania, nagłe ożycie pluszowych zwierzątek  itp. „Ma gorączkę?” – pytam. – „Nie wiem, ale tak dziwnie pokasłuje z gardła, jakby szczekał”. Aha, no to jesteśmy w domu, coś się zaczyna…

Wracam do domu, jest delikatny stan podgorączkowy, oczy błyszczą podejrzanie, Franek poszczekuje z krtani i marudzi na potęgę. Wraz ze zbliżającym się wieczorem emocje rosną, naradzamy się nerwowo czy dzwonić po lekarza, pokrzykujemy zniecierpliwieni na Bogu ducha winne starszaki, kłócimy się. Ostatecznie decydujemy się poczekać co noc przyniesie i ewentualnie skontaktować się z lekarzem rano.

Ledwo patrzący na oczy po bezdrzemkowym popołudniu Franio zostaje odłożony do łóżka o 18.00, wybudza się o ok. 22.00 i w zasadzie jest to już prawie cały jego sen tej nocy – zaśnie jeszcze na godzinę około północy i będzie to z kolei cały nasz sen. Pielgrzymujemy do jego pokoju, podajemy leki przeciwgorączkowe, nosimy, tulimy, bujamy, ale nic nie wydaje się przynosić mu ulgi. Około piątej nad ranem, wykończeni, bierzemy go do swojego łóżka, żeby zaliczyć choć chwilę tej nocy w pozycji horyzontalnej. Nasz bidul leży z nami i sobie cicho pojękuje. W okolicach szóstej rano czuję że jego ciało rozgrzewa się znów jak kaloryfer ustawiony na maksymalną temperaturę – mierzymy gorączkę, no tak, czterdzieści stopni … Franio już nie kwili tylko rozpaczliwie płacze, na szczęście lek przeciwgorączkowy przynosi mu ulgę na parę godzin.

Jest oczywiście niedziela (dzieci ZAWSZE zaczynają chorować w weekend), nasza przychodnia zamknięta, czekamy więc na zaprzyjaźnioną pediatrę z którą znamy się już od lat. Wizyta ma się odbyć w porze kiedy zwykle zaczyna się drzemka, więc rozpoczyna się walka o utrzymanie Frania w stanie przytomności do momentu przybycia pani doktor. Z wyjącym dzieckiem na rękach krążę od drzwi do okien, w końcu nie wytrzymuję i dzwonię do lekarki pokrzykując na nią z pretensją. Puszczają mi nerwy – mam za sobą nieprzespaną noc, płaczące z bólu i zmęczenia dziecko i nie interesuje mnie w ogóle, że jest jakiś cholerny bieg i wszystkie ulice wokół są pozamykane a ona ma problem z dojechaniem na miejsce … . Finalnie dostajemy antybiotyk (Franio okazuje się mieć w gardle  – tu cytat – „żywy ogień”) i już wieczorem widoczna jest znaczna poprawa.

W nocy czeka nas jeszcze praca zespołowa i tajne zadanie do wykonania – około północy musimy wejść po cichu do Frania, podać  leki i bezgłośnie się wycofać, wszystko po to, aby go nie rozbudzić. Przed otworzeniem drzwi do pokoju ustalamy co kto będzie robił – ty go wyjmiesz i usiądziesz, ja włączę mała lampkę i podam ci strzykawkę z lekarstwem, potem ty go odłożysz i bezszelestnie wychodzimy. Super – czuję się jak w filmie sensacyjnym – tyle, że na wstępie zwalam butelkę z piciem, klnę, potykam się o jakąś zabawkę leżąca na dywanie a Franek otwiera szeroko oczy. Jakimś cudem udaje się go bezproblemowo odłożyć a my – para z parodii „Pan i Pani Smith” ewentualnie „Prawdziwe kłamstwa” wychodzimy z pokoju.  Całe szczęście, że dobrze śpiącemu dziecku nie są w stanie przeszkodzić nawet rodzice …