Witam serdecznie,

Już trochę czasu minęło odkąd pierwszy raz skontaktowałam się z Panią.. W zasadzie w październiku minie rok! Nawet Pani nie wie (choć pewnie często to, co napiszę, jest wspólnym mianownikiem wielu otrzymywanych przez Panią maili ;)), jak wiele Pani w naszym życiu zmieniła – w moim, jako mamy – najwięcej. Długo zbierałam się do napisania tego listu, ale w końcu mam czas (szkoda, że człowiek musi paść na twarz z powodu choroby, aby ten czas się znalazł :P) i chciałabym najzwięźlej jak się da Pani podziękować.

Ale – od początku. 14-miesięczny teraz Piotrek nigdy nie był mistrzem zasypiania czy gigantem drzemek i nocnego odpoczynku. Już w szpitalu podczas gdy inne dzieci słodko drzemały na rękach swoich mam, on wiercił się, kręcił i ogólnie nie zachowywał się tak, jakbym się tego spodziewała (a miałam naprawdę do szczegółów wypracowaną wizję błogiej opieki nad słodkim śpiochem, który da odpocząć mamie, która do niemal ostatniego dnia przed porodem remontowała mieszkanie, myła okna po 2536 razy i

kafelki, bo się zakurzyły :P). Potem.. było źle. Nasze dziecko spało zamiast książkowych 19-23h 15, czasem 12.. (w najgorszym czasie, mając 2 miesiące, spał 7h/dobę!), nie potrafiło spać ciągiem dłużej jak 1h, a ponowne nakłonienie go do zaśnięcia nierzadko trwało kolejną godzinę.. Już wówczas zaczęliśmy otrzymywać „złote rady” od rodziny/znajomych (od „Dajcie mu modyfikowanego na noc! Będzie spał jak anioł!” po „Przestań reagować jak płacze! To się w końcu nauczy, że ma nie płakać!”) – swoją drogą niesamowite jest to, jak różne podejścia ludzie mają do kwestii spania swoich dzieci.. Próbowaliśmy wszystkiego – od śpiewania, smoczka, butli na noc, częstszego karmienia, wygodnych ciuszków, szumu, zaciemnienia – nic nie działało, Młody nadal nie chciał zasnąć w czasie krótszym niż 1h i spać ciągiem dłużej jak 1,5h.. Mój jedyny wniosek z tego okresu, kiedy milion razy odpowiadałam na pytania „Co u Was?” stwierdzeniem, że „Moje dziecko nie chce spać, a ja się zastanawiam, czy nie skoczyć z okna, a jedyne co mnie powstrzymuje to lęk wysokości”, to to, że „Syty głodnego nie zrozumie”. I tyle.

Kiedy Piotruś miał 4 miesiące, a zasypiał tylko na moich rękach, budził się przez całą noc co 45min., zasypiał po 30min i tak w kółko, miałam dość. Od pielęgniarki w przychodni dowiedziałam się o Pani. Chwyciłam się myśli o współpracy z Panią jak tonący brzytwy.. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, że walka o sen Piotrusia łatwą sprawą nie będzie.. I że jeszcze nie tonę..

Po pierwszym webinarze (który był w listopadzie 2015.. Ależ ten czas leci!) już wiedziałam co z aspektów organizacyjno-technicznych trzeba będzie u nas poprawić; że zaciemnienie najlepiej całkowite, że temperatura raczej niższa, że łóżeczko to dobra opcja, skoro Maluch ma już 6 miesięcy.. Po uzupełnieniu informacji o kolejne szkolenie (dla dzieci 6-18miesięcy) stwierdziliśmy, że wszystko super, ale najtrudniejsze było przed nami.. Rozstanie ze smoczkiem. Nie wyobrażałam sobie tego. Tak dalece było to dla mnie straszne, że plan samodzielnego zasypiania odroczyłam o kolejne 2 tygodnie! Ale w styczniu powiedziałam „Dość”.

Podczas realizacji planu po raz pierwszy (tak, tak, nie raz musieliśmy wracać do nauki!) najtrudniejsze było.. opanowanie własnych emocji. Wówczas nie do końca to rozumiałam, starałam się być opanowana i spokojna, jednak cóż – nie zawsze się udawało. Opłaciło się – po 3 tygodniach Piotruś zasypiał sam, miał rewelacyjne drzemki i budził się już tylko na karmienia. Ja byłam szczęśliwa, mąż w końcu szedł do pracy wyspany, Piotrek zaczął ładnie jeść (choć do dzisiaj jest typem „wcinam jak dziki i nie tyję” ;)).

Po miesiącu sielanki przyszła choroba i w trzy dni cała nauka samodzielnego zasypiania poszła do kosza. Zanim nastąpiły dogodne warunki do ponowienia wdrażania planu minął miesiąc.. Ponowna nauka była.. o niebo łatwiejsza! Potomek co prawda okazywał swoje niezadowolenie o wiele bardziej teatralnie, ale to w moim nastawieniu nastąpił przełom. Byłam ostoją spokoju. Ja powtarzałam swoje „Mama tu jest”. Znalazłam swoją mantrę, którą powtarzałam jemu, a przede wszystkim sobie. I to co się stało było niesamowite – nauka trwała 3 dni!!! Konsekwencja zdziałała cuda. Byłam dumna z mojego Syna. Z siebie. Z męża. Że daliśmy radę. Od tej pory wiedziałam, ze ilekroć będzie taka konieczność, ilekroć będzie trzeba wrócić do nauki i zaczynać od początku – damy radę. Grunt to spokój – tylko on nas może uratować. I myśl, że robimy najlepszą rzecz, jaką nasze dziecko może od nas otrzymać – uczymy go odpoczywać, konsolidować zdobyte doświadczenia, po prostu – spać. Niektóre dzieci tego nie potrafią. Ale już wiem, że można je tego nauczyć

Dziękuję, że Pani jest, że ma Pani i cierpliwość i zdolność dyscyplinowania (hehe, do dzisiaj pamiętam Pani wpis na naszej facebookowej grupie wsparcia, że może „skoro jestem tak rozemocjonowana i nie potrafię z opanowaniem wdrażać planu, to może mąż mnie zastąpi”.. A mój mąż wówczas jeszcze gorzej znosił ryki Piotrka :P Autentycznie wtedy myślałam, że jestem wariatką, że się na to „samodzielne zasypianie” zdecydowałam :P). Jest Pani niezastąpioną ostoją, światełkiem w niejednym tunelu. Jeśli gdzieś prowadzi Pani listę odratowanych insomniaków, to Piotrka może Pani z czystym sumieniem tam wpisać

A miało być krótko Cudownie było móc podzielić się z Panią takimi kilkoma refleksjami – czasem mam wrażenie, że tylko Pani i inne mamy nieśpiących pociech są w stanie to zrozumieć

p.s. Tak kończąc mój wywód – wie Pani jak rewelacyjnie cała ta nauka wpłynęła na mnie?! Stałam się tysiąc razy pewniejsza siebie, asertywna, trochę taka.. nieustraszona. Już wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych

Z wyrazami wdzięczności


Możliwość komentowania została wyłączona.

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
Kontynuuj zakupy
0