Przytul siebie, mamo

Gdybym mogła cofnąć się w czasie i porozmawiać z samą sobą sprzed 16 lat, gdy urodziła się moja pierworodna, to przede wszystkim utuliłabym się bardzo mocno.

Stres, niepewność, lęk, ogromny wysiłek fizyczny jakim poddawane było moje ciało począwszy od pierwszego skurczu przed porodem, poprzez bolesne i średnio udane pierwsze próby karmienia a skończywszy na łzach zmęczenia po kolejnych nieprzespanych nocach w następnych miesiącach. I ta miłość do dziecka, wcale nie taka oczywista i nie zalewająca z nagła a raczej rodząca się w bólach, bez żadnego znieczulenia.

I to poczucie winy. Skąd się to w nas bierze w takich ilościach? Czy mamy to wdrukowane w matczynym DNA? Czy może sączy się w nasze serca z zewnątrz? Z tych wszystkich postów, blogów, grup “wsparcia”, instastories. Ten diabeł, który potem szepcze w twojej głowie: “każda matka może wykarmić swoje dziecko piersią, musiałaś coś źle zrobić, że ci się nie udało”, “zupka ze słoika? Parówka zamiast jaglanych placuszków? Oszalałaś?”, “dziecko potrzebuje bliskości, jak możesz mieć w sobie złość bujając je na rękach przez godzinę nad ranem”, “jak może ci się nie chcieć czytać książeczki przed snem, przecież wiesz, jak ważne jest czytanie”, “ciesz się z tych wspólnych nieprzespanych nocy, jeszcze będziesz za nimi tęsknić. No dlaczego się nie cieszysz?”

“Dzieci są ważne”. No raczej. A ja?

Te 16 lat jakie dzielą mnie od tamtych chwil to jak wieczność. Chyba jestem innym człowiekiem. Po drodze jeszcze dwóch synów i setki kolejnych obowiązków i skarpet do prania. Ale też ta chwila w czasie ostatniej, obrzydliwie zimnej majówki, kiedy nie chciałam wspólnego zdjęcia a moja 16-latka podcięła mnie i za chwilę leżeliśmy w piątkę na mokrej trawie robiąc sobie w piątkę selfie a z nieba lał się na nas deszcz. Myślę, że to był deszcz szczęścia.

Z czasem przyszedł do mnie spokój, wiara i czułość dla siebie, wiara w moje dzieci – że potrafią, że dadzą radę, że nie musi być zawsze na tip top, że mogę wybuchnąć i krzyknąć “mam wszystkiego dosyć!!!”. Udało mi się pogonić przy pomocy mojej cudownej psycholog pani Lidii czarną depresję, która niespodziewanie obkleiła mnie – matkę weterankę, DobraNockę, po urodzeniu najmłodszego syna.

Przeszłam długą drogę jako matka i jako DobraNocka. Czułam to, co czujesz mamo. Byłam tam. Wiem już, że nie ma jednej złotej rady na Twoje problemy i muszę szukać sposobów, żeby rozplątać ten Wasz supełek, kiedy przyjdziesz do mnie po pomoc. Ważę każde słowo, kiedy rozmawiamy o śnie Twojego dziecka, o tym jak je usypiasz i co robisz, kiedy się obudzi w nocy – wiem, jak łatwo można Cię dotknąć i zranić. Słyszę siebie sprzed lat, kiedy mówisz “wiem, że źle robiłam, ale już nie dawałam rady i …”.

Robiłaś wszystko, żeby było dobrze. Z miłości. Jesteś wystarczająco dobrą mamą. Przytul siebie, ja Ciebie też mocno przytulam w przededniu Twojego święta.

 


Możliwość komentowania została wyłączona.